Andrzej Barański: Uczciwość w biznesie się opłaca (wideo)

Wyrosłem w atmosferze wielkiej chwały przemysłu w międzywojennej Polsce. Ojciec, który zakładał firmę "Herbewo", po jej nacjonalizacji przesiedział 6 lat w komunistycznym więzieniu za obronę... Więcej »

Dobra rzadkie i ubodzy

Papież Franciszek ustanowił ostatnią niedzielę (19 listopada 2017) przed Uroczystością Chrystusa Króla Światowym Dniem Ubogich. Papież pragnie zwrócić uwagę, że miłość wobec bliźniego w potrzebie musi... Więcej »

PAFERE otwiera się na myśl Chestertona

Był zdecydowanym zwolennikiem wolności i własności. Jednocześnie odrzucał kapitalizm z jego monopolami jak i socjalizm z jego wszechwładzą państwa – jako ustroje w równym stopniu krępujące indywidualizm... Więcej »

Szwajcarzy o Polsce i Polakach - na Święto Niepodległości

Szwajcaria, choć to kraj leżący stosunkowo blisko Polski, wydaje się dość odległy. Pod wieloma względami. Z okazji Święta Niepodległości mogliśmy wysłuchać wiele życzeń i pozdrowień z zagranicy - pozdrawiali... Więcej »

Inflacja jest tą formą podatku, który można nałożyć bez ustawy
Milton Friedman

Ocena czy samoocena? - czyli o absurdzie pewnego przymusu

Co jakiś czas na uczelniach i w instytutach badawczych przeprowadzana jest tzw. okresowa ocena pracowników naukowych. Niby nic nowego, coś naturalnego, coś co powinno być przedmiotem działań każdej jednostki wobec swoich pracowników.


Ocenie poddawany byłem od początku swoje pracy. Wyglądało to zwykle tak, że przekazywałem zwierzchnikowi spisane to co w ostatnim okresie zrobiłem (często w formie ankiety), zbierała się komisja ds. oceny i dokonywała takowej oceny (biorąc także pod uwagę subiektywne zdanie zwierzchników, jak i członków komisji). Jednakże w ostatnim okresie dotknęła nas mania wskaźników i chęci tzw. obiektywnej oceny ilościowej. Powstają różnego rodzaju regulaminy ‘oceny pracownika naukowego’ w których każda aktywność jest wyceniana w punktach, potem te punkty są sumowane i jeśli się nie przekroczy pewnego progu punktowego to ocena jest negatywna. Jednym z elementów oceny pracownika naukowego jest ocena jego dorobku publikacyjnego. Przyznaje się punkty za opublikowanie w różnych czasopismach naukowych, a w tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego tworzy różnego rodzaju
wykazy czasopism naukowych. Uwzględnia się w tych ocenach różnego rodzaju miary bibliograficzne, np. impact factor, indeks Hirscha.

Nawiasem mówiąc, tego rodzaju miary, czy tzw. lista filadelfijska (ISI Master Journal List)  powstały nie po to by dokonywać oceny pracowników, a z pobudek badawczych, z chęci poznania samego procesu publikacji wyników badań naukowych. Twórcy tych wskaźników nie myśleli by używać ich do oceny indywidualnych osiągnieć pracowników naukowych. Dopiero potem różnej maści biurokraci rzucili się na tego typu  koncepcje by użyć je do tzw. obiektywnej oceny pracownika naukowego.

W ten sposób powstaje swego rodzaju przymus publikowania, który sam w sobie nie jest zły, jeśli tylko wynika z wewnętrznej potrzeby naukowca, by podzielić się swoimi wynikami badawczymi. Niestety obecnie przeradza się to w patologiczną zasadę Publish or perish (publikuj albo zgiń). Naturalnie nie jest to zjawisko nowe. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem tzw. karierę naukową zasada ta była już obecna. Już wtedy doświadczaliśmy zalewu publikacji naukowych o wątpliwej wartości; do tego stopnia było to już wtedy dokuczliwe, że odczuwaliśmy pewne problemy ze znalezieniem dobrych publikacji w ogromie wszystkich publikacji (internetu i wyszukiwarek wtedy nie było!). Zajmowaliśmy się wtedy modelowaniem procesów ewolucyjnych i to wtedy pojawił się postulat, do którego coraz częściej wracam, który, jak nam się wydawało, mógłby uzdrowić sytuację. Mianowicie należałoby przyjąć by w czasie swojego życia naukowego, każdy mógł opublikować pewną ograniczoną liczbę publikacji (np. trzy, może pięć), osobistą decyzją naukowca byłoby kiedy takowe opublikować (Karol Darwin pracował nad swym podstawowym dziełem  O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego  ponad 20 lat, od 1838 roku, i pracowałby może jeszcze długo, gdyby nie zmuszono go do opublikowania tej książki w 1859 r.).

Takie ocenianie oparte na wskaźnikach zwykle kończy się ‘zabawą w złodziei i policjantów’. Kiedy w pierwszym okresie wprowadzania takiej oceny liczyła się liczba publikacji to reakcją środowiska naukowego było pojawienie się ogromnej liczby czasopism gdzie  można było publikować (bardzo często artykuły wątpliwej jakości, jak wtedy nazywaliśmy, ‘przyczynkarskie’). Kiedy okazało się, że ci sprytni nie tyle w prowadzeniu dobrych badań, co w publikowaniu ‘szybko i dużo’, najbardziej na tym zyskiwali (często w finansowym wymiarze), zmieniono wskaźniki i nie tyle liczba publikacji a liczba cytowań stała się podstawą dobrej oceny. Równie szybko środowisko ‘sprytnych naukowców’ znalazło na to sposób – zaczęły powstawać ‘spółdzielnie’, których członkowie wzajemnie się cytowali (niezależnie od tego czy mieli ku temu merytoryczne powody czy nie). Kiedy uświadomiono sobie ten proceder spróbowano kolejny raz ‘uszczelnić’ system oceniania i zaczęto zwracać uwagę na jakość tych cytowani i uwzględniać tzw. impact factor czasopism w których publikowano i cytowano. Cóż się okazało?  Redakcje czasopism by zadbać o wzrost znaczenia danego czasopisma, w uwagach do recenzji artykułów przesyłanych do publikacji, sugerowali, że problematyka ta już wcześniej poruszana była na łamach tego czasopisma i dobrze byłoby zamieścić odnośniki do pewnych artykułów wcześniej opublikowanych (niekiedy dochodzi to sugerowania cytowania konkretnych osób z kręgu danego czasopisma). Proszę mi wierzyć, ta ‘zabawa’ nigdy się nie skończy – na kolejne próby ‘uszczelniania’ systemu zawsze znajdą się sposoby ominięcia ograniczeń. Póki ocena nie będzie oparta wzajemnych relacjach, na swego rodzaju samouzgodnieniu opinii, na zdrowych, ludzkich zasadach krytycznej dyskusji i subiektywnej oceny każdego zaangażowanego w proces, póty nie będzie dobrze. Póki nie wrócimy do moralnych zasad wypływających z potrzeby uczciwego ocenienia tego co robią inni i wykluczania ze społeczności tych nieuczciwych, póty nie nastąpi poprawa w jakości publikacji i jakości prowadzonych badań naukowych. Zapomnieliśmy co to jest honorowe zachowanie, nie doceniamy zasady ostracyzmu – nie doceniamy siły wykluczenia ze środowiska osoby nieuczciwej, zachowującej się nagannie.

Kiedy tak wracam myślami do początków mojej pracy na uczelni, to dochodzę do wniosku, że pewien przymus publikowania jest dobry w pewnym wieku, wtedy jak młody naukowiec rozwija się, kiedy ma ogromną energię i potencjał intelektualny. Sam tego doświadczyłem kiedy starałem się sporo publikować po angielsku w miarę dobrych czasopismach zachodnich. Ta młodzieńcza pasja wynika z chęci samorealizacji, własnego zadowolenia z tego, że coś się poznało i zrobiło, ale także z pewnego młodzieńczego przekonania, że ‘zawojuje się  świat’, będzie się znanym w środowisku, będzie się brało udział w dyskusjach z tymi najlepszymi i najbardziej znanymi.  I to jest prawda, taka aktywność wtedy jest bardzo ważna. Tego typu stosunek do wykonywanej pracy wydaje mi się bardzo ważnym mechanizmem ‘napędzającym’ rozwój nauki.

Jednakże, powoli dochodzę do wniosku, że kiedy człowiek staje się bardziej doświadczonym, starszym (a może nawet starym), kiedy zaczyna patrzeć na świat trochę z innej perspektywy, to zaczyna dominować w nim przekonanie, że znacznie więcej jest do zrobienia ‘tu i teraz’ (w Polsce, we Wrocławiu, w najbliższym otoczeniu), że należy być aktywnym po to by przede wszystkim kształtować myślenie młodego pokolenia. W tej sytuacji publikowanie po angielsku, w najlepszych czasopismach staje się już mniej ważne (sam tego doświadczyłem i doświadczam, choć nadal staram się by od czasu do czasu coś tam opublikować). Dochodzę do wniosku (używając marksistowskiego określenia), że nadbudowa staje się ważniejsza. Tyczy się to zwłaszcza nauk społecznych, w tym ekonomii. Ukształtowanie młodego człowieka, młodego pokolenia, pokazanie alternatyw, nauczenie krytycznego myślenia,  będzie skutkowało w przyszłości, będzie miało wpływ na wiele lat, na zachowanie się kolejnego pokolenia. Kontakt z młodymi, współpraca z organizacjami młodych, wykłady i udział w panelach organizowanych przez młodych są w tej sytuacji znacznie ważniejsze. Dlatego współpracuję i na tyle na ile mogę wspieram działanie młodych ludzi związanych np. z Instytutem Misesa, PAFERE, KoLibra, uczestniczę w pracach Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, czy biorę udział w Festiwalach Nauki.

Ważny (a może ważniejszy) staje się innego rodzaju ‘impact factor’, ten subiektywny, budowany dla mnie, pozwalający mi ocenić na ile moje działania są ważne dla mojego bliskiego i dalszego otoczenia.  Ten oficjalny  ‘impact factor’  jest naturalnie też ważny, ale wydaje mi się, że znacznie mniej ważny niż dawniej. Przyznam się, że teraz nie odczuwam takiego imperatywu jaki odczuwałem dawniej: jechać na tę czy inną konferencję zagraniczną, opublikować w dobrym czasopiśmie zagranicznym. Oczywiście staram się, ale świadomie staje się to dla mnie mniej ważne. Dochodzę często do wniosku, że może lepiej opublikować coś po polsku, nawet w mniej znanym, w skali międzynarodowej, czasopiśmie, ale dostępnym dla szerokiego grona polskich czytelników.  Artykuł taki staje się niekiedy podstawą do późniejszych wystąpień, udziału w panelach dyskusyjnych i spotkań z młodymi ludźmi.

Gdyby dzisiaj żył Adam Smith, ten Szkot, pracujący w Edynburgu w XVIII wieku, który w swoim życiu napisał ledwie dwie książki, to z pewnością oceniony byłby negatywnie przez współczesne komisje uniwersyteckie.  Nad swoim podstawowym dziełem, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776), Adam Smith pracował 10 lat. Jaki współczesny uniwersytet pozwoliłby na tego typu nieproduktywność? 

Witold Kwaśnicki

Prof. Witold Kwaśnicki pracuje na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest honorowym doradcą Fundacji PAFERE, prowadzi własny blog internetowy


Data dodania: 2015-06-27 14:00:00
 
Artykuł skomentowano 0 razy
Dodaj komentarz
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Operator serwisu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.